¡Hola Barcelona! – czyli o tym, jak otworzyć hiszpańskie drzwi i gdzie wypić najlepszy koktajl owocowy. Odcinek 1.

To był sen, piękny sen, w Barcelonie, w San Andre… podśpiewuję pod nosem piosenkę zespołu Pectus i rozpoczynam swoją kolejną podróż do miasta Gaudiego, katalońskiej stolicy. Co mnie tym razem czeka? Vayamos compañero!

Loty nocne powinny być zabronione. Z lotniska w Barcelona Girona Costa Brava do centrum Barcelony jest siedemdziesiąt minut drogi autobusem. Wysiadamy na dworcu w Barcelonie, jest kilka minut po północy. Wyciągam z torebki mały plan miasta i szukam miejsca docelowego. Wydaje się niedaleko… słowo „wydaje się” jest bardzo odpowiednie.

– Myślę, że musimy iść tędy – pięć dorosłych, pięknych, mądrych (wiem, że będą to czytać) zgodziło się, co do kierunku, którzy trzeba obrać.

Po kilku minutach coś nas zatrzymało… niepewność? Czy idziemy na pewno w dobrą stronę? Chodzenie po nocy mi nie przeszkadza. Opuściłyśmy Syberię (mam na myśli naszą kochaną Polskę), gdy padał deszcz, było około pięciu stopni w dzień i byłam zmuszona wyjąć rękawiczki z szafy. Barcelona przywitała nas siedemnastoma stopniami w nocy! Nie mam zatem nic przeciwko chodzeniu w nocy, jednakże dźwiganie wierzchniego odzienia (kożuchy, czapki, rękawiczki) jest dość meczące.

Spoglądam na mapę. Idziemy w zupełnie odwrotną stronę. W tył zwrot! Dotarłyśmy na miejsce po godzinie…wujek google mówił, że będzie szybciej. W administracji wita nas Toni Rodriguez. Wypełnia dokumenty, tłumaczy sprawy związane z kaucją i wręcza mapę miasta.

Chcąc rozluźnić nieco atmosferę zarzucam żarcikiem (proszę brać pod uwagę godzinę, jest już prawie pierwsza w nocy, a żarty o tej porze należą do tych wyszukanych):

– Czy możemy dostać więcej map?

– Chcecie pięć map? – Toni pyta lekko zdziwiony. Co za bystry chłopak, jak szybko policzył, że jest nas pięć.

– Tak, poprosimy. Przyjechałyśmy tu razem, ale każda będzie zwiedzać osobno (w tym miejscu spodziewałam się jakiejś salwy śmiechu ze strony Toniego, a ledwo otrzymałam grymas na twarzy).

 

Klucze są, mapka jest, pięć minut i będziemy w apartamencie. Trzeba tylko pamiętać, żeby pójść na dobrą ulicę. Numer mieszkania 138. Podchodzimy do drzwi, gdzie właśnie taki numer wisi koło domofonu. Drzwi mają zamek na klucz, a Toni dał nam tylko kartę i mówił, że będzie pasować do drzwi zewnętrznych. Wyjmuję kartę i oklepuję nią domofon (proszę o wyrozumiałość, jest późno). Nie działa – nie wymyślili jeszcze domofonów na kartę???

– Weź zadzwoń –  podaje pomysł Katarzyna.

Jak się okazuje, to wcale nie jest takie łatwe. Najdziwniejszy domofon jaki w życiu widziałam. Na domofonie numery: 1.2, 1.3, 1.4, 2.1, 2.2, –  jak spis treści w podręczniku naukowym. Toni nam podał jedynie adres: Avinguda de Roma, 138. Rezygnuję z pomysłu zadzwonienia, nie mam pojęcia, co wcisnąć na domofonie.

– My jesteśmy na złej ulicy, przecież te drzwi nie są na kartę !

Eureka! Któraś wreszcie wpadła na rozwiązanie problemu. Myślicie, że to koniec? Absolutnie nie. Przecież jest środek nocy, obce miasto, zero ludzi na ulicy, cudowna pogoda, targamy walizki i płaszcze, pot spływa po plecach – dlaczego by jeszcze nie pochodzić po mieście?

Docieramy do Avinguda de Roma 138 (przypominam, że jesteśmy w Barcelonie, jakby się ktoś zgubił w tym poście). Są drzwi, nie ma zamka na klucz – to chyba dobry znak. Klikamy kartą. Jakiś brzęk, zielone światło. Nic. Próba numer dwa, klikamy, zielone światło, pchamy. Nic. Próbujemy kolejny raz, teraz używamy siły, pchamy drzwi „na chama” (przypis autorki – na chama, inaczej bezczelnie, niegrzecznie, z impetem, bez poszanowania i namysłu, po hiszpańsku „a lo bestia” [Wikipedia]). Pchamy, więc drzwi bezczelnie, a lo bestia! Nic.

Po głowie chodzą nam myśli samobójcze. Trzeba wracać do Toniego i powiedzieć, że drzwi nie działają. Wśród mojej ekipy są jednak uparte osobniki. Ostatnia próba, udałooo sięęę!!! Myślicie, że to koniec? Absolutnie nie.

Wchodzimy do klatki schodowej pod numerem 138. Ale nie mamy numeru mieszkania! Przeszukujemy dokumenty od Toniego, znajdujemy coś, co może być zarówno numerem mieszkania, jak i rozmiarem stanika: A1. Tylko, że tutaj nie ma żadnych numerów mieszkań. Dlaczego Hiszpanie nie piszą numerów mieszkań na drzwiach? Raz kozie śmierć! (zawsze mnie bawiły te polskie powiedzonka). Raz krowie śmierć! Próbujemy otworzyć pierwsze lepsze drzwi za pomocą karty…nie udało się. Idziemy dalej. Całe szczęście nikogo nie budzimy pukaniem, karta jest bezgłośna.

Udałoo sięęę!!! Myślicie, że to koniec? Tak, to wreszcie koniec.

Barcelona – baśniowe miasto Gaudiego w północno-wschodniej części Hiszpanii, nad Morzem Śródziemnym. Uliczkę znam w Barcelonie…śpiewał Bogdan Łazuka, a teraz śpiewam i ja, będąc na jednej z najsłynniejszych ulic w stolicy Katalonii – La Rambla. Barcelona jest niesamowicie zielona. Niezliczona liczba parków, pełno zielonych drzew, których kolor jest bardzo intensywny. Tak zwana wściekła zieleń. To miasto jest niezwykle oryginalne – stare kamienice z miniaturowymi balkonami przeplatają się z nowoczesną architekturą.  Niezwykle szerokie ulice, które rozchodzą się w różnorakie strony. Kręte drogi, górzyste tereny i przecudowny klimat. Pierwsza rzecz, którą pokochałam w Barcelonie to pogoda. Czego chcieć więcej, niż 24 stopnie i słońce w końcówce października?

Jk spędzić najcudowniejszy dzień w Barcelonie? Usiądźcie wygodnie w fotelu i posłuchajcie.

Barcelona należy do Antoniego Gaudiego. Wiedzą to nawet ci, którzy nigdy w Barcelonie nie byli. Antoni zaczął budować kościół Sagrada Familia, ale nie skończył i budowa trwa do dzisiaj. Antek zostawił jednak po sobie coś cudownego – Park Güell.  Gdy wpiszemy miasto Barcelona w wyszukiwarkę, od razu pojawia się zdjęcie tego parku. Można powiedzieć, że jest to symbol tego pięknego miasta. Co mnie urzekło w parku? Ciekawe budynki, niczym domki z piernika. Baśniowe chatki, nierówne ściany i okna. Ławki ozdobione kolorowymi kafelkami oraz słynna kafelkowa jaszczurka. Niby zwykły park, z drzewami i krzakami, a jednak tak bardzo niezwykły. Nic w tym parku nie jest oczywiste. Magiczne miejsce, w którym można posłuchać, jak dwaj mężczyźni grają na gitarze i śpiewają o miłości.

gaudi2.jpg

 

gaudi3

 

gaudi1Z parku najlepiej kierować się na Placa de Catalunya, gdzie turystów witają gołębie. Od placu prowadzi nas ulica La Rambla – miejsce tętniące życiem o każdej godzinie. Mnóstwo turystów, którzy kupują pamiątki, jedzą owoce. Od La Rambli odchodzi kilka uliczek, które kryją w sobie hiszpańskie tajemnice. Jedną z nich jest La Boqueria– targ handlowy. Zastanawiacie się, co ciekawego w ryneczku? Znowu uderza mnie kolor. Tym razem nie jest to wściekła zieleń. To są wszystkie kolory tęczy. Ryneczek słynie z owocowych koktajli, czekoladek, hiszpańskich mięs i kiełbas. Uwagę przykuwa kolor owoców. Warto przyjść tutaj na śniadanie. Wypijam koktajl truskawkowo – kokosowy, a następnie kiwi – mango. Mieszanki są tutaj najróżniejsze, a ta przyjemność kosztuje 1,50 euro za kubeczek.

soki2

IMG_0425.JPG

Kolejną tajemnicą odchodzącą z ulicy La Rambla jest Placa Reial. Zakochałam się w tym placu – palmy, kamienice, kafejki. Plac jest zamknięty, ze wszystkich stron otoczony budynkami, do którego prowadzą tylko małe uliczki w bok. A mimo to jest bardzo słoneczny. Słońce przedziera się przez liście palm i oświetla plac ukazując jego czyste piękno. Bajeczne miejsce. Porzucamy na chwilę La Ramble i zwiedzamy gotycką dzielnicę Barcelony. Najstarsza cześć miasta, bardzo romantyczna. Punkty obowiązkowe to Placa del Pi, mostek zawieszony nad ulicą del Bisbe oraz  Plaça Sant Jaume.

img_0451

 

 

IMG_0455.JPGimg_0468Na końcu długiej, gwarnej ulicy La Rambla znajduje się ogromny plac, na którym stoi kolumna Kolumba. Stąd to już rzut beretem do portu, na jacht i wypływamy na głębokie wody. Port jest bardzo okazały i przy pięknej pogodzie cudownie się tam spaceruje. Docieramy do plaży, a nasza radość jest nie do opisania:

–  Chałupy welcome to! – śpiewa jedna z nas. To się nazywa prawdziwy patriotyzm.

Tarzamy stopy w piachu, moczymy nogi! Prawdziwe, cudowne wakacje. Z plaży jest przepiękny widok na hotel, który kształtem przypomina ten w Dubaju. Na plaży natrętni handlarze sprzedający kokosy, piwo i chusty, mogą być dla was udręką, Azjatki oferują masaż stóp za jedyne 5 euro.

img_0502

plaza

Przejdźcie się wzdłuż nadbrzeża, nawet jak was będą nogi bolały, a w plecach będzie strzykało. Idźcie w stronę słońca. A dokładniej w stronę złotej ryby. Pozwólcie, żeby ciepły wiatr muskał wasze policzki. Zróbcie zdjęcie w alejce z palmami, niczym w alei gwiazd. Bądźcie szczęśliwi.” Szczęście jest tak bardzo blisko, jeśli tego chcesz”.

 

IMG_0537.JPG

img_0530img_0544

img_0482

 

barsa.jpg

 

 

 

 

 

Jeden komentarz Dodaj własny

  1. Bragniata pisze:

    Haha bystry chlopak :d

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s